Navigation Menu

Bunt 4- latka. Jak żyć, co robić?

Ciężkie poranki, głośne wieczory, nieprzespane noce… i tak w kółko, niekończąca się historia... Co jest powodem? Bunt 4-latka. Młodszy od miesiąca jest 4 letnim mistrzem fochów.


bunt

Pokłady mojej cierpliwości są na wyczerpaniu, gdyż ten ponowny bunt trwa od kilku tygodni i zaczynam mieć dosyć. Staram się być twarda, nie reagować gniewem i krzykiem. Wierzcie mi, niekiedy czuję się jakbym była na jakiejś szkole przetrwania.

Czemu piszę „ponowny bunt”? Ponieważ bunt zaczął się w momencie, gdy Młodszy zorientował się, że może być niezależny. Sam się przemieszczał, sam jadł, sam wybierał zabawki, którymi miał ochotę się bawić. I w tym momencie matka zaczęła mu przeszkadzać. Kiedy on miał ochotę na zabawę klockami, ja kazałam jeść obiad. Kiedy on chciał przebiec przez ulicę, ja kazałam stać, bo akurat jechał samochód. Kiedy było gorąco, a on chciał chodzić w ciepłej bluzie, ja kazałam ubierać się na krótki rękaw. Właśnie wtedy zaczął się chłopak nieźle wkurzać. I wiecie co? Chciałam to przypisać buntowi 2 latka, ale Młodszy nawet tyle nie miał.

"Dobre ciocie" mówiły mi, że ten bunt minie. Mówiły to kiedy Starszy miał 1,5 roku. I co? Dalej nie minęło, ani u jednego, ani u drugiego. Czuję się oszukana i rozczarowana. Myślę, że firmy ubezpieczeniowe powinny matkom wypłacać odszkodowanie za straty moralne, właśnie z tego tytułu.


Pytanie, dlaczego nie minęło?! Może dlatego, że to wcale nie jest bunt, a po prostu zagubienie, nierozumienie całego świata i lawina emocji? A to przecież nie mija. Co więcej, u kobiet zmienia nazwę na PMS ;)


Wiesz, co robi mój 4- latek? Zobacz. Wiem, co przeżywasz.

On sika. Wciąż sika. Swoim sprzętem buja tak, jakby co najmniej lasso w ręku trzymał i chciał na nie coś złapać. Oczywiście zaczyna bujać i sikać jednocześnie. Taka atrakcja, mówię Wam. Kilka razy dziennie trzeba myć cały kibel. I ścianę obok, i kafelki nad, też się zdarza. Zagroziłam, że będzie sikać na siedząco, odparł: „Nie jestem dziewcynom i nie będę”.

Traktuje mnie jak powietrze. Zwłaszcza kiedy mówię, że trzeba posprzątać zabawki. Udaje wtedy, że nic nie mówiłam. Do tego stopnia, że czasem sama wątpię, czy mówiłam, czy może jednak nie…

Udawanie głuchego świetnie mu wychodzi, mistrzowsko wręcz. Ostatnio byliśmy na boisku, usiadłam chwilę na ławce, wiecie starość robi swoje, zadyszka i te sprawy, trzeba było odpocząć. Kiedy powiedziałam: „chodźcie, napijecie się wody”, ten mały gnom przejechał obok mnie na rowerku i ostentacyjnie gapił się w drugą stronę. Za to kiedy wstałam, od razu przyjechał, wrzeszcząc, że taki jest strasznie spragniony, a matka mu wody nie chce dać i jeszcze z ławki wstaje zamiast czekać, aż szanowny syn podjedzie.

Dziś rano z kolei, zrobił awanturę na pół bloku. Bo chciał zjeść śniadanie, a matka mu nie pozwoliła. Znaczy się dała coś innego, niż to, na co miał ochotę. Biedne dziecko zaczęło wrzeszczeć: „Aaaaa, mój bzuch! Boli mnie, taki jestem głodny, nie mogę iść do pzedskola, nie dam rady, jak boli!”. Wzięłam go za rękę, zaprowadziłam do salonu, mówię: „Na stole są kanapki, bez sera, z szynką i Twoją ulubioną rzodkiewką!”. A on na to, krzykiem jeszcze głośniejszym: „Ale ja nie mogę, ja ich nie mogę, bo ja chcę lody!!!”.

Albo woda. To jest dopiero utrapienie. Z przerażeniem będę wyczekiwać rachunku za nią. Ja wiem, że dzieci się uczą, muszą się pobrudzić, zamoczyć i takie tam. Ale jak Młodszy budzi się w środku nocy, idzie do łazienki i odkręca sobie na maxa prysznic, po czym idzie spać… to mnie coś od środka po prostu kłuje. Ostatnio tłumaczył to tak, że „deszcz na podwórku nie pada, więc u nas niech pada”.

A propos’ w środku nocy – wiecie, co mój Młodszy robi o nieludzkich porach? Je. Danio. W łóżku.
Codziennie, około godziny 1-2 w nocy jestem u nich w pokoju, żeby Młodszego na kibel wysadzić, przykryć, sprawdzić czy wszystko w porządku. Później, koło 7, jak wstajemy. Właśnie w tym czasie mój Młodszy gnom stwierdził, że jest głodny. Poszedł sobie po cichaczu do lodówki, wziął Danio i wrócił do łóżka. Niestety Morfeusz był silniejszy od Małego Głoda i porwał mi syna w swe objęcia. A cholerny serek ubrudził wszystko, co było w jego zasięgu. Młodszy miał rano tylko jedno wytłumaczenie: „Bo pseciez byłem tak głodny, ze mogłem umzeć! A Ty mi mamo jeść nie dałaś! Tylko wiecorem było śniadanie a potem to co?!”
Wyrodna matka, nie daje dziecku jeść w nocy. I jeszcze wieczorem śniadanie robi, a rano kolację.

Rano, szykujemy się do przedszkola. Ubrania przygotowane dzień wcześniej, chłopcy sami wybierali. Histeria, ryk- taki jakby komuś skórę obdzierali. Bo dziś Młodszy nie chce koszulki z Bobem Budowniczym, chce tą z Zygzakiem.

Takich przykładów mogłabym podawać dziesiątki, a nawet setki. Wiem, co przeżywasz. Przechodziłam to jakieś 2-3 lata temu, teraz mam powtórkę z rozrywki. Super atrakcje matki mają, nie ma co.

Jak sobie radzić z kilkulatkiem, kiedy wydaje Ci się, że jest on terrorystą i robi wszystko, wszystkim na złość? To ciężkie zadanie, wymagające od nas rodziców przede wszystkim masy cierpliwości. Jak przetrwać ?

Mamy taką naszą złotą zasadę: „Ty nie słuchasz mnie, ja nie słucham Ciebie”. Działa skubana, na wszystko. No, dobra, na większość. Ostatnio Młodszy strzelił focha po wyjściu z przedszkola. To powiedziałam, niby tylko do Starszego: „Szkoda, że Twój brat się obraził i mnie nie słucha, chciałam Wam zaproponować lody”. Na to Młodszy, reflektując się w ciągu dwóch sekund stwierdził: „Mamusiu, ale ja wcale nie mam focha. Noo, powtóz prosę, co Ty tam mówiłaś?”

Uczucia.
W naszym domu mówi się o uczuciach. Kiedy np widzę, że chłopcy się kłócą, zanim dojdzie do rękoczynów staram się interweniować. Mówię, że jest mi przykro, że się nie dogadują. Pytam o ich odczucia. Często słyszę: „Jestem zły, bo on mi to zabrał”, na co druga strona: „Jestem bardziej zły, bo to było moje”. Kiedy już powiedzą jacy są źli, rozmawiamy o tym, co można zrobić, żeby się uspokoić. Nie ma idealnego rodzeństwa, każde się bije. Moi synowie również. Mam jednak wrażenie, że po kilkudziesięciu razach rozmów, tłumaczeń i zwracaniu uwagi na to, że są zdenerwowani, bo coś tam się wydarzyło, jest progres. Starszy potrafi powiedzieć: "Jestem tak bardzo zły. Poczekaj idę do drugiego pokoju, zaraz porozmawiamy". A ja właśnie wtedy zbieram moje plony, które sieję od kilku lat. I nikt mi nie wmówi, że dzieci są za małe, żeby rozmawiać z nimi o uczuciach.

Cierpliwość.
Matko, ojcze, dziadku, babciu, ciociu- zajmujesz się tym kilkuletnim dzieckiem. Pewnie masz dosyć histerii, bicia, gryzienia, krzyków i ryków. 
Wiedz, że ten 4- letni terrorysta wcale nim nie jest. To mała, bezbronna tak naprawdę istota, która dopiero poznaje świat. Ona właśnie potrzebuje Twojej pomocy, tak Twojej! Pomóż więc, zrozum, że ten 4- latek nie robi Ci niczego na złość, nie robi specjalnie. On po prostu nie wie jak ma sobie poradzić ze wszystkimi emocjami jakie go otaczają.

Właśnie dlatego potrzebna jest (nam wszystkim) cierpliwość. Całe podkłady cierpliwości. 
My, dorośli możemy okiełznać takiego malucha. Musimy spojrzeć na świat oczami dziecka, jednocześnie stawiając mu granice, których nie może przekroczyć.

Kiedy mój Młodszy robi powódź w łazience- sprzątamy razem.
Kiedy w sklepie upiera się, żeby jechać w wózku na zakupy, a po 5 minutach jednak nie chce, bo go wszystko "ciśnie" i po prostu nie może wysiedzieć (woli po prostu pobiegać po sklepie)- ja kombinuję. Pozwalam mu wkładać zakupy do koszyka, proszę żeby podniósł ręce do góry- wtedy wciągnie mu się brzuch i nie będzie nic cisnąć. Mówię, że jak będzie siedzieć to nogi w tym czasie sobie odpoczną. I tak wymyślam, cały czas do niego gadając, aż w końcu dojeżdżamy do kasy ;)
Kiedy chce wszystko z półek sklepowych, bo jest przeraźliwie głodny, mówię, że nie ma tego na liście, więc nie kupujemy.
Kiedy chce zjeść swoje ulubione rzodkiewki, zagryźć je owocami, płatkami z mlekiem, potem dołożyć jeszcze jajecznicę- mówię, że będzie brzuszek będzie bolał, że w nocy ciężko będzie spać, że może dostać biegunki.

Rozmowa.
Zapomnij o określeniu bunt 4- latka. W zamian za to, pomyśl jak możesz pomóc swojemu dziecku pomóc zrozumieć otaczający go świat. Pomyśl też o tym, że dorośli ludzie czasem nie radzą sobie ze swoimi emocjami, więc co ma powiedzieć kilkuletnie dziecko. Ono ma prawo do irracjonalnego zachowania, bo nie rozgranicza jeszcze do końca dobrych rzeczy od złych. Ty, jako dorosły powinieneś mu w tym pomóc.

Rozmawiaj z dzieckiem, tłumacz, po stokroć, mów o emocjach. Nie nastawiaj się na efekty od razu, bo się przeliczysz. Ja czekałam 3 lata. I teraz zbieram żniwa.

Mam dopiero dwójkę dzieci. Przeżywam skoki rozwojowe od prawie 6 lat. Naprzemiennie: raz u Starszego, raz u Młodszego. Kiedy Starszy miał 2,5 roku, jego życie diametralnie się zmieniło: jego tata się wyprowadził. Opisywany na forach rzekomy bunt 2 latka, to przy tym pikuś. Aż mnie ciarki na plecach przechodzą jak wracam pamięcią do tamtych czasów. Powodem było nie radzenie sobie z emocjami. Po jakimś czasie przeszło, później znów wróciło. I tak jest do dzisiejszego dnia.

Z jedną małą, malutką różnicą. Dzisiaj, po ponad 3 latach, mój Starszy nazywa rzeczy po imieniu.
Jak tęskni, to mówi za kim. Jak jest mu smutno, to mówi dlaczego. Jak ma wszystkiego dosyć, mówi co jest tego przyczyną. Oczywiście, zdarza się jakieś odstępstwo, ale na szczęście coraz rzadziej.

Bywają dni, że mam dosyć. Myślę, że jestem najgorszą matką ever, bo sobie nie radzę. Pranie leży jak góra lodowa, która nie ma zamiaru się zmniejszyć. Stół cały się klei od dżemu truskawkowego. Okna mają tysiąc odcisków małych rąk, Czasem zapominam gdzie miałam zlew, bo w jego miejscu piętrzą się naczynia.
I odpuszczam. Mam gdzieś to pranie, nie interesują mnie brudne gary. Do klejącego się stołu przysuwam krzesła. Udaję, że nie mam okien i staram się nie patrzeć na nie.

I wiecie, co wtedy robię? Biorę piłkę, dzieci za ręce i idziemy na boisko. Gdy pogoda nie dopisuje- robię popcorn, włączam film lub bajki i kładę się z moimi dziećmi na kanapie. Robimy sobie "męskie popołudnie". Czasem kiedy histeria jest już level hard- przytulam. Po prostu, przytulam i czekam, aż przejdzie. Tak, bez histerii też przytulam ;)

Poza tym, staram się raz w miesiącu wychodzić gdzieś sama, bez dzieci. Pomagają w tym dziadkowie, którzy biorą chłopców do siebie albo przychodzą do nas. Wtedy można wyjechać gdzieś na weekend, totalnie wyluzować i odpocząć. Czasem trzeba trochę naładować swoje baterie, z dala od dziecka. Zgodnie z zasadą: "Szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko" ;)

Powodzenia w (nie)buncie Waszych maluchów!

3 komentarze:

  1. Widać, że jesteś dobrą matką, to prawda z dziećmi trzeba rozmawiać :) Swoich jeszcze nie mam, ale już się boję, bo wychowywać prawidłowo to cięzka praca :)

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas, jak się zaczął bunt dwulatka, to trwał do piątego roku życia ;) Ale teraz - jak się zbliża do szóstego - mam wrażenie, ze syn wreszcie się uspokoił i bardzo dojrzał.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skoki rozwojowe......ech, rodzicielstwo :)
    To udawanie głuchego lub zwyczajnie tzw słuch wybiórczy wkurza mnie chyba najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. Staram się zaglądać do wszystkich, którzy zostawią u mnie ślad. Do zobaczenia.